Serwus! Tu znowu Józek.
Opowiem wam po krótce co wydarzyło się od naszego rozstania z chłopakami.
Dzień 21
Zaczęliśmy od szybkich zakupów w Strumicy, aby uchronić nas przed cenami w strefie euro i ostatni raz zaznać macedońskiej tanizny.
Po długim podjeździe i stromym zjeździe dotarliśmy nad jezioro Dojran – malowniczy zbiornik wodny, położony na granicy macedońsko – greckiej.
W pobliskim mieście o tej samej nazwie wsunęliśmy pizzkę i burgera.

I w końcu, po dwóch tysiącach kilometrów, dotarliśmy do Grecji!
Po dłuższych poszukiwaniach i pomocy bardzo miłej pani, znaleźliśmy sklep, gdzie zaopatrzyliśmy się w niezbędne produkty – wodę i piwka zero. Po wymianie kilku uśmiechów i rozmowie na migi z lokalnymi barowiczami, cofnęliśmy się nad jezioro Dojran, gdzie spodziewaliśmy się znaleźć dobrego spota do spania. I nie zawiedliśmy się.
Myślę że foty wyrażą więcej niż moje ubogie słownictwo.

Było dużo chillowania, sporo kąpania i szczypta komarów. Skubańce przyspieszyły naszą dobranockę i o 22 zakończyliśmy ten sielankowy dzień.
W nocy obudziły nas dźwięki motorówki rybaków, trochę nas zestresowali, bo kto tu odrozni kuter rybacki od straży granicznej ale na szczęście obyło się bez kłopotów.
Dzień 22
Rozpoczęliśmy o 10 (wybacz Wojtku tę okropną nieproduktywność) zjedliśmy tosty, poopalaliśmy się i wykąpaliśmy. Znowu rybacy zakłócili nasz spokój ducha – gdy stalismy po kostki w wodzie, tak jak nas bozia stworzyła, akurat postanowili wyruszyć na łowy.
Po 30 kilometrach, które minęły nam niewiadomo kiedy rozpoczęliśmy atak szczytowy do miejscowości Kilkis, po (o zgrozo!) pięciokilometrowym podjeździe dojechaliśmy w końcu do miasta, gdzie postanowiliśmy się stołować w lokalnej restauracyjce z wybornym tzatzyki.

Odbębniliśmy zakupy w lidlu, po czym postanowiliśmy poczekać aż skończy się grecka sjesta i otworzy się lokalny second hand.
Przy okazji Tadek wykorzystał swoje lingwistyczne umiejętności do rozmowy z przemiłym panem, po rosyjsku.
Niestety misja lumpeksowa skończyła się fiaskiem, gdyz dla Greka sjesta kończy się gdy on zechce, a nie gdy jest pora otwarcia sklepu.
Nieco zdołowani ruszyliśmy nad oddalone o 25 kilometrów jezioro, nad którym chcieliśmy dzisiaj obozować.
Trudno opisać nasze zdumienie, gdy zobaczyliśmy, że w miejscu jeziora znajduje się ogromna, piaszczysta równina. Jak się okazało jedno z niewielu słonych jezior w Grecji, z powodu suszy wysycha w lato.
Aby uchronić się od szalejącego wiatru i móc w jako takim spokoju ugotować kolację, stworzyliśmy prowizoryczny parawanik.
Kolacja była iście grecka – ciepła pita z tzatzykami, a do tego po kieliszku wybornego, macedońskiego wina.
To tyle od nas – następny wpis będzie prosto z jednej z greckich plaż.
Pozdro!










Jedna odpowiedź
Kota nie ma myszy harcują ❤️