To koniec! Po miesiącu podróżowania po Europie, wielu godzinach pedałowania, spania na niedopompowanej karimacie i niezliczonych wspaniałych przeżyciach, nadszedł ten moment. Siedzimy w wiadomo – opóźnionym samolocie i zostawiamy Saloniki za nami. Na podsumowanie jeszcze przyjdzie czas, ale po nieco nostalgicznym wstępie, czas na update z tych ostatnich kilku dni.

Po noclegu nad wysuszonym jeziorem skierowaliśmy się w stronę Saloników. Apartament mieliśmy zarezerwowany dopiero od 31 sierpnia, więc dwa dni przebejowalismy na darmowym polu kempingowym, oddalonym około 25 kilometrów od miasta.
Sporo zbijania bąków, odrobina nudy i ciekawe przekminy z milionem rozwiązanych krzyżówek, wystarczająco podsumowywują ten czas.
Kemping bardzo polecamy, jest prysznic ze szlaucha, bierząca woda i toaleta turecka. W dodatku lokalsi pokazali nam skrzynkę z gniazdkami, więc i prąd się znalazł.
tu pinezka: https://maps.app.goo.gl/hkh4bpZHYZ9VgN2LA?g_st=ip
31-go sierpnia ruszyliśmy do Saloników. Czekał nas jeden podjazd, który wydawal sie całkiem spokojny – ot 6 kilometrów, 500 metrów przewyższenia. Jak się okazało trochę się przeliczyliśmy. Podjazd w końcu miał 5 kilometrów co daje wspaniałą średnią nachylania 10%. W naszym mniemaniu był to najtrudniejszy podjazd na tym wyjeździe. Pikuś przy 23 kilometrach chłopaków, no ale cóż, liczy się skala.
(przerwa na start samolotu, bo nieźle wbija w fotel)
Na podjeździe okazało się, że Tadkowi przerzutka nie wrzuca największej tarczy z tyłu, co mocno utrudniło mu podjeżdżanie 17-procentowych odcinkow. Po drodze słabo się poczuł i musiał dwa razy przystanąć, ale na szczęście dotarł na górę bez większych problemów. A tam czekał na nas wspaniały widok – zjazd! No i morze oczywiście. Wspaniałymi serpentynami dojechaliśmy do suburbiów Saloników. Stamtąd mieliśmy już kilka kilometrów do naszego apartamentu, gdzie czekał na nas pierwszy ciepły prysznic i wygodne łóżka.
Jeszcze tego samego dnia udaliśmy się na nocną przejażdżkę po Salonikach, które wydały nam się (i tego się trzymamy) dość monotonnym architektonicznie miastem. Nie włączając w to oczywiście ogromnej ilości wykopalisk, będących integralną częścią miasta.
Fun fact – po trzydziestu kilku latach uruchomiono metro, na którego stacjach również są wykopaliska będące integralną częścią wnętrza. Wspaniała rzecz!

W poniedziałek pierwszego września, udaliśmy się po kartony na rowery do pobliskiego sklepu rowerowego. Było tam mega fancy, to i się cenili, więc ostatnie zabuliliśmy za nie 8 dych.
Postanowiliśmy również sprawdzić czy aby na pewno nasz sprzęt się do nich zmieści i w ten sposób nasze mieszkanko zamieniło się w pobojowisko godne belgradzkich serwisów, który widok jest wam znany.

Nie obyło się bez kłopotów. Tadkowi wyrobił się gwint w predale, nie udało się również do końca zdjąć przedniego bagażnika, a moje pedału były tak zapieczone, że bliski byłem rozpaczy. Na szczęście koniec końców wszystko się zmieściło, a my z powrotem złożyliśmy nasze rowery do jako takiej kupy.
A i w ogóle to poszła mi szprycha, bo przy jednym sklepie zaczepił się o nią rower Tadziaka.
Przez następne dni głównie plażowaliśmy, smakowaliśmy lokalnej kuchni oraz postaraliśmy się o piękną opaleniznę (w moim przypadku w kolorze wściekle różowym – oczywiście jeszcze będzie brązowa…).
Mimo to, znaleźliśmy czas na pójście do muzeum kultury bizantyjskiej oraz obejrzenie kilku synagog i kościołów, pamiętających czasy świetności Bizancjum.

Byłem również w kilku lumpeksach, gdzie powinąłem całkiem spoko koszuli i spodenki kolarskie starej, worldtourowej drużyny Mapei Quick Step.
Dzisiaj tj. 5 września, wstaliśmy o 10 i zaczęliśmy pakować nasze rowery. Oprócz problemów z zapakowaniem kartonów na bagażnik, wszystko poszło gładko i skoczyliśmy na pobliską plażę, aby pożegnać się z morzem. Tam odbyłem półgodzinną rozmowę z 70-letnią greczynką (w morzu). Rozprawialiśmy o wartości podróżowania w życiu człowieka oraz wadach i zaletach systemu ekonomicznego w którym żyjemy, biorąc głównie pod uwagę możliwości jakie on daje bądź zabiera młodym ludziom. No muszę przyznać, że nie było tego w moim wyjazdowym bingo.
O siedemnastej dotarliśmy na lotnisko gdzie bardzo sprawnie się spakowaliśmy, mimo kłopotu Tadka ze sztycą od siodełka, której nie mógł obniżyć. Jak się okazało, przybycie na lotnisko 5 godzin przed lotem było zbyteczne, no ale jakoś przebimbaliśmy ten czas i o 20 poszliśmy nadać nasz bagaż.

Pierwsze o co zapytała się pani było, czy spuściliśmy powietrze z kół, czego (o zgrozo!) nie zrobiliśmy. Także rozcięliśmy strecha, taśmy i inne skrupulatnie wcześniej zakładane zabezpieczenia i powietrza się pozbyliśmy. I tu pojawił się problem, bo chwilę wcześniej oddaliśmy naszego strecha dwóm paniom w potrzebie. Tak oto Tadek wyruszył na łowy, z których wrócił z taśmą klejącą oraz folią spożywczą. Udało się!
W tej przygodzie towarzyszyli nam Pietrusinscy – wspaniali znajomi naszych rodziców, którzy akurat wracali tym samym lotem z wakacji i bardzo nas wsparli. Zarówno słowem, jak i pozywaniem, za co pięknie dziękujemy
Po tych przygodach i 45 minutach w końcu stanęliśmy w kolejce do odprawy.
2 godziny później, o 1.30 jedziemy już do domu. Wielkie dzięki tato za odebranie!
I tak oto kończy się nasza wyprawa. Bardzo wam wszystkim dziękuję za wsparcie, jakie czułem przez całą tę wyprawę. Może jakieś spotkanie powyjazdowe dla was zorganizujemy jak chłopacy wrócą? Dajcie znać jak to widzicie! Do usłyszenia na kolejnych wyprawach!









