Obudziłem się w środku nocy czując, że namiot rozłożony bez tropiku kładzie się na mnie pod wpływem silnych podmuchów wiatru.
Przez siateczkowe ściany, pośród błysków czołówek zobaczyłem sylwetki krzątających się Janka i Józka. Zbierali ręczniki i luźno leżące rzeczy by uchronić je przed porwaniem.
Ledwo przytomny sam oceniłem stan mojego porozrzucanego po obozie mandżuru. Stwierdziłem, że ogarnianie ich nie jest warte mojej cennej energii i snu.
Po kilku minutach poczułem jednak to czego miałem nadzieję uniknąć. Co jakiś czas mgiełka chłodnej wody opadała na moją twarz i odkryte ciało, rozbudzając mnie.
Uruchomił się we mnie tryb awaryjny.
Założyłem w pośpiechu sandały, wziąłem czołówkę i w samych majtkach, czując na plecach chłodne krople deszczu, narzuciłem tropik na namiot.
Przypiąłem go w rogach lecz silny wiatr podwiewał poły odsłaniając moją cienką moskitierę i niską przeciwdeszczową podłogę. Śledzie wbiłem z trudem bo ziemia była ubita i wyschnięta na wiór.
Zebrałem wszystkie porozrzucane po obozie rzeczy do torby, zamknąłem sakwy i cały mokry pomknąłem z tym wszystkim do suchutkiego namiotu.
Przetarłem się ręcznikiem i z wielką ulgą oddałem się ponownie w objęcia Morfeusza.
Sen jest tutaj niesamowicie ważny. Nikt nie ustawia budzików bo działamy zgodnie z cyklem słońca. Kto wcześniej pójdzie spać ten lepiej wypocznie. Kto wcześniej wstanie ten uniknie presji grupy, rozpoczynając dzień w swoim tempie zyskując cenny czas na zadbanie o swoje ciało, ducha, sprzęt i rower.
Życie w takiej podróży wymaga sporej dawki dyscypliny. Jeśli nie zadbasz o swój interes, gospodarując na niego swój wolny czas, obarczasz konsekwencjami całą grupę. To się dotyczy przygotowania w trakcie podróży ale również przed jej rozpoczęciem.
Tu wszystko wychodzi na jaw bo nie ma wolnego czasu, w którym da się nadrobić zaległości czy zamaskować popełnione błędy.
Aktualności
Na dobry początek dnia mieliśmy ok. 100m podjazd z fragmentem oznaczonym jako 22%. Podjazd wszedł gładko, a następujące zjazdy i lekkie wzniosy wprowadziły przyjemne urozmaicenie do naszych ostatnich doświadczeń na nizinach Węgier i Serbii.

Niestety Jankowi znów poszła szprycha, co razem z Wojtkiem bardzo sprawnie zneutralizowali w przeciągu ok 30min.

Pod sklepem, w którym nabieraliśmy wody, złapał nas deszcz więc przeczekaliśmy go.

Wrzuciliśmy kolejne 40 km po serbskich pagórkach, zaopatrzyliśmy się w Lidlu w Leskovac i pojechaliśmy w kierunku naszego jutrzejszego oponenta – 15km podjazdu na Kukavicę.


We wsi Strojkovce przystanęliśmy sobie na uboczu by poszukać na mapie satelitarnej potencjalnych miejsc na biwak gdy podeszła do nas starsza Serbka i zagaiła.
Dogadywaliśmy się średnio ale po chwili zawołała swojego syna Saszę, który mówił trochę po angielsku. Okazało się, że brat Saszy – Goran jest sołtysem.
Nie udało mu się do niego dodzwonić ale postanowił, że wsiądzie na rower i pomoże nam znaleźć kawałek równej trawy na dobry biwak.
Pojechaliśmy w kierunku starego boiska, które okazało się być dosyć mokre, a trawa była zbyt wysoka jak na nasze gusta.
Nagle z granatowego Passata wysiadł Goran i zaczęło się. Goran podał nam wszystkim po kolei rękę, przedstawiając się i wskazał kierunek.
Podśmiewając się nerwowo ale pełni ekscytacji pojechaliśmy za nim.
Miejscówką okazał się być plac zabaw z altanką oraz Месна Канцеларија Стројковце (Mesna Kancelarija Strojkovce).
Goran pozwolił nam rozbić się tam i przekazał nam klucze do budynku zachęcając byśmy korzystali z niego do woli. Wtedy również poznaliśmy jego dzieci: Mariana i Dajanę, którzy skutecznie pomogli z tłumaczeniem.
Danas su u našem mestu zastali da prenoće sedam odvaznih momaka iz Poljske na svom proputovanju do Gruzije. Ovi odvažni…
Posted by Goran Petrović on Friday, August 22, 2025
Zostaliśmy bardzo obficie obdarowani papryką i pomidorami osobiście wyhodowanymi przez naszych gospodarzy, po czym rozstaliśmy się.

W między czasie wykąpaliśmy się wszyscy, zrobiliśmy odrobinę prania i ugotowaliśmy kolację.
Po kolacji gospodarze wrócili i usiedliśmy sobie na altance wymieniając się ulubioną muzyką, ciekawymi historiami i wypytując o zwyczaje i kulinaria.
W pewnym momencie Goran postanowił, że zamówi dla nas talerz lokalnych przysmaków m.in. Cevabcici, Muckalicę i inne mięsa oraz wielki bochen świeżo wypieczonego chleba Lepinja.

Było przepysznie ale zrobiło się późno więc rozstaliśmy się w miłej atmosferze.
Propozycji na wspólne spędzenie czasu następnego dnia było wiele ale co będzie jutro to się okaże. Nas jednak wzywa droga, a kilometry do Gruzji same się nie zrobią.
Jestem ciekawy czy będzie nam jeszcze dane przeżyć w drodze coś podobnego do tej niezwykle satysfakcjonującej wymiany kulturowej.
Wielkie dzięki dla całej rodziny Petrović oraz wsi Strojkovice za tak wielką życzliwość oraz gościnność, którą zostaliśmy obdarowani zupełnie niespodziewanie.
Pozdrawiamy!
Pisanie bloga w drodze jest kosztowne energetycznie i zużywa zagraniczne pakiety danych. Muszę też chodzić spać trochę później, a przez to mam mniej czasu na sen i odpoczynek niż reszta zespołu. Ekspresja i interakcja z wami są dla mnie wartościowe same w sobie. Jeśli jednak czujesz, że jesteś skłonna/y wesprzeć produkcję bloga finansowo, możesz użyć poniższego przycisku. Dzięki!










8 Responses
Goran super facet
🥹 Może się jeszcze kiedyś spotkamy 🙂
Za-je-bi-ście!
Super przygoda, super relacja!
Stay strong!!
Dzięki! Lecimy dalej. Dzisiaj niestety dużo awarii.
💪
Goran świetny, ale to spotkanie nie byłoby możliwe bez jego mamy.
Uśmiałam się nieźle ile determinacji miała w nawoływaniu Saszy 😉
To prawda, ale trzeba przyznać, że nawołany już Sasza również stanął na wysokości zadania
Brawo