Dzisiejszy dzień był całkiem, jak na tak dużą grupę, efektywny. Mieliśmy niewiele wymuszonych postojów.
Cały dzień jechaliśmy ścieżką Euro Velo poprowadzona na wałach przeciwpowodziowych Cisy (Tisa). Cisa jest lewostronnym dopływem Dunaju i przecina Węgry na pół.

Głównym zajęciem osób, które nie słuchają akurat audiobooka (superprodukcji) Wiedźmina, było tzw. „trzymanie koła” osoby poprzedzającej w naszym mini peletonie.
W pewnym momencie również była zabawa w zakaz używania hamulców.
By wyhamować łagodnie można wyjechać z cienia aerodynamicznego lub zmienić swoją pozycje na taką, która generuje większe opory powietrza.
Do 12 mieliśmy zrobione 75km. W przerwie pod sklepem robiliśmy małą furrorę, a pani sklepowa jak na westernie okazywała widoczne zaniepokojenie pojawieniem się 7 obcych mężczyzn w jej rodzinnym interesie (pod koniec jak już zapłaciliśmy zrelaksowała się i była bardzo miła).
Klasycznie na Węgrzech nie jest się łatwo dogadać. węgierski należy do języków ugrofińskich więc wspólnego mamy praktycznie nic, a po angielsku też mało kto mówi. Generuje to trochę niezręcznych ale najczęściej dosyć sympatycznych nieporozumień.

Co ciekawe na Węgrzech co chwila można natrafić na niebieskie studzienki/pompy z pitną wodą, z których bardzo chętnie korzystamy.

Niestety, podejrzewamy, że to właśnie przez tą ogólnodostępną wodę pitą, w sklepie z cudem graniczy kupienie wody, która gazowaną nie jest.
Doprowadza nas to do śmiechu przez łzy. Nieraz wygodniej jest kupić wodę (której pijemy jakieś hektolitry) niż specjalnie zbaczać z kursu szukając studzienek. Woda gazowana nalana do bidonów non-stop syczy i robi wystrzały gazu w gardło gdy próbujemy ugasić pragnienie.
Po drodze mijaliśmy ciekawy most, o konstrukcji jakiej wcześniej nie było mi dane ujrzeć:
Ogólnie dzień dosyć upalny ale mamy swoje podejście tzw. „mindset” i gdy jest nam bardzo gorąco mówimy sobie, że jest przyjemnie ciepło etc. Chłopaki zapowiadają, że to dopiero początek temperaturowych katuszy.
No cóż, czekam z niecierpliwością na to „miłe” ciepełko 🫡
Tymczasem dzisiejszą noc spędzimy śpiąc bez tropików (wierzchniej, przeciwdeszczowej warstwy namiotów) rozłożeni w idealnym* miejscu na brzegu Cisy.
*Tak myśleliśmy dopóki nie zaczęliśmy gotować obiadu, a wtedy pojawili się przeklęci krwiopijcy.

Niestety komary zmusiły nas do zjedzenia posiłku indywidualnie, w swoich namiotach. Dawno nie słyszałem takich okrzyków bezsilności jak gdy chłopaki w pośpiechu uprzątali i zbierali przedmioty niezbędne do tego żeby już nie musieć z namiotów wychodzić 😅
Z pozytywów, jest to nam na rękę bo chcieliśmy powoli przestawiać się na funkcjonowanie we wcześniejszych godzinach – tak by uniknąć spędzania produktywnego czasu po zmroku.
To tyle na dzisiaj. Myślałem, że nie ma o czym pisać ale zawsze coś się znajduje.
Pozdrawiamy wszystkich czytelników i dziękujemy za takie zainteresowanie! To naprawdę napędza do działania i podsuwa ciekawe pomysły na treści!
Strava z dziś:
Pisanie bloga w drodze jest kosztowne energetycznie i zużywa zagraniczne pakiety danych. Muszę też chodzić spać trochę później, a przez to mam mniej czasu na sen i odpoczynek niż reszta zespołu. Ekspresja i interakcja z wami są dla mnie wartościowe same w sobie. Jeśli jednak czujesz, że jesteś skłonna/y wesprzeć produkcję bloga finansowo, możesz użyć poniższego przycisku. Dzięki! (No pressure, dostałem kilka takich sugestii i stąd ten ruch :))










9 Responses
<3
Pięknie wam to idzie, spodziewaliście się takiego tempa?
Hej, oryginalnie zakładaliśmy nawet trochę więcej. Jednak 100km dziennie jest ok by się wyrobić na pierwszy etap czyli odstawienie Józka i Tadka w Salonikach w Grecji.
Potem będziemy myśleć.
Superprodukcja wiedźmina, najlepsza rzecz na świecie!!! Trzymajcie się chłopaki!
Trzymamy się mocno!
Z zazdrością (zdrową) czytam o Waszych przygodach! Super i bezpiecznej dalszej drogi życzę!
Dzięki i wzajemnie wszystkiego dobrego!
Super wyprawa
Ciekawostka: taki most jest też w Giżycku na Mazurach:))